wtorek, 10 czerwca 2014

Syrop z kwiatów czarnego bzu


Gdy go przygotujesz, od razu skosztuj. Jeśli ten niesamowity aromat nie pozwoli Ci na chwile o sobie zapomnieć, biegnij po kolejną porcję kwiatów i przygotuj zapasy na zimę! 
Doskonały do wody, herbaty, deserów i naleśników. U mnie powstaje już czwarta porcja.

Syrop z kwiatów czarnego bzu

1kg cukru (ja użyłam miodu akacjowego)
1l gorącej wody
1 limonka
1 cytryna
50 dużych baldachów czarnego bzu.

Wodę zagotować i rozpuścić w niej cukier (lub miód), cytrynę i limonkę pokroić w plastry i wrzucić do syropu. Z kwiatowych baldachów poodcinać grubsze łodygi. Kwiaty zanurzyć w płynie i po przestygnięciu odstawić na 2 dni chłodne miejsce. Następnie syrop odcedzić, przelać do butelek. Przechowywać w lodówce lub zapasteryzować.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Białe kwiaty bzu

Gdy nie doceniałam tego pospolitego w moich stronach krzewu rósł w każdym kącie przepastnego ogrodu, wdzierał się przez szpary w płocie i denerwował mnie ściągając do siebie roje bzyczących owadów. 
Niestety obecnie w ogrodzie rodziców nie pozostał ani jeden egzemplarz, a zebranie zadowalającej ilości kwiatów, które nie są obciążone pokaźnym ładunkiem metali ciężkich (jak na złość dziesiątki pięknie ukwieconych krzewów rosną przy głównych arteriach komunikacyjnych) jest bardzo trudne. Może w innych rejonach kraju jeszcze pozostaje w dobrej kondycji, ale w Beskidach jest go coraz mniej. 

Kwiaty czarnego bzu wykorzystuje się w leczeniu przeziębień, wzmacniają odporność, działają antywirusowo, wychwytują wolne rodniki, uśmierzają ból i przyspieszają przemianę materii. Można je wysuszyć i parzyć jako ziołową herbatę, sporządzić syrop lub nalewkę.

W mojej spiżarni jest już lekarstwo na jesienno-zimowe przeziębienia. Czy Wy również chcecie takie przygotować? Jeśli tak zbierzcie o poranku w pełni rozwinięte kwiaty (około 50 dużych baldachów), a ja jutro opowiem Wam jak przygotować obłędnie pachnący Syrop z kwiatów Czarnego bzu.

Zapraszam!
 

niedziela, 8 czerwca 2014

Sernik idealny poszukiwany...

Mam ochotę na sernik, ciężki, zbity, kwaskowaty, na grubym kruchym spodzie, jednym słowem taki, jakie piekło się dawniej z prawdziwego wiejskiego sera. Ostatnio jadłam taki aż dwa lata temu, w małej knajpce w Suczawie. Serwowany jako New York cheesecake skradł moje serce na zawsze. Niestety pomimo usilnych starań nigdy nie udało mi się popełnić choćby podobnego. Od czego to zależy? Od proporcji? Sera? Klimatu miejsca? A może to dlatego, że byłam wtedy taaaka głodna?...

Przedstawiam przepis na sernik, który upiekłam niedawno. Kremowy z kwaskowatym musem malinowym. Pyszny! Spróbujecie?


Sernik dyniowy z musem malinowym
Spód:
300g herbatników
180g masła

Masa serowa:
1kg sera
6 jaj
2 łyżki mąki ziemniaczanej
szklanka dyniowego puree
szklanka cukru
Mus malinowy:
200g malin
+opcjonalnie cukier do smaku



Masło roztopić. Herbatniki zmielić na piasek i wymieszać dokładnie z płynnym masłem. Tortownicę o średnicy 25 cm wyłożyć papierem do pieczenia i wyłożyć ją masą z herbatników mocną ją ugniatając. Następnie schłodzić w lodówce.
Ser zmielić trzykrotnie w maszynce, dodać puree z dyni, cukier i ucierać. Kiedy masa będzie miała jednolitą konsystencję dodawać po jednym jajku za każdym razem dokładnie mieszając. Na koniec masę wymieszać z mąką ziemniaczaną. Wylać na herbatnikowy spód.
Maliny zasmażyć na patelni, powstały sos można przetrzeć przez sito w celu pozbycia się pestek, jednak ja pestki lubię;).
Piekarnik nagrzać do 180 stopni, na dół wstawić brytfannę z gorącą wodą. Sernik piec 30 minut (użyłam programu bez termoobiegu), po czym zmniejszyć temperaturę do 120 stopni i piec kolejne 50 minut. Na wierzchu ciasta rozsmarować malinowy sos i zapiekać jeszcze przez 10 minut w 180 stopniach. Powoli studzić nie wyjmując z piekarnika, następnie włożyć na noc do lodówki i podawać następnego dnia.



Smacznego!






piątek, 6 czerwca 2014

Robimy zapasy- Sos słodko-kwaśny

Kurczak, makaron i gotowy sos to zestaw, który dawniej dość często gościł na moim stole. Za nic mając sobie sztuczne barwniki, polepszacze smaku i inne wynalazki przynajmniej jeden słoik sosu był zawsze pod ręką.

 Nadszedł jednak moment, gdy trzeba było zacząć myśleć o zdrowszym odżywianiu i zrezygnować z gotowców. Lato za pasem, świeże warzywa i owoce dostępne od ręki, wystarczy tylko zakasać rękawy i stworzyć własną alternatywę dziecięcego przysmaku. Efekt? Lepszy niż się spodziewałam.


 
Sos słodko-kwaśny
(przepis na 8-10 słoików 0,5l)

3 kg pomidorów
1kg cebuli
1 duża czerwona papryka
1 puszka ananasa
1 puszka kukurydzy
3/4 szklanki octu
3 łyżki soli
2 łyżki musztardy
2 łyżki słodkiej papryki
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka mielonego czosnku
1/4 łyżeczki chilli
1/2 łyżeczki białego pieprzu
                                                                                            przecier pomidorowy (wg uznania)

Pomidory sparzyć wrzątkiem i obrać ze skórki. Pokrojone w kostkę pomidory i cebulę wrzucić do dużego garnka i dusić na wolnym ogniu przez około 1h. Dodać sól, pokrojoną w kostkę paprykę i ananasa, oraz resztę składników za wyjątkiem mąki. Całość dusić przez kolejne 30 minut. Mąkę ziemniaczaną wymieszać z odrobiną przestudzonego sosu, zagotowujemy. Przelewamy do wyparzonych słoików i pasteryzujemy około 10 minut.


 Można zredukować gramaturę składników i ugotować jedną porcję sosu, ale czy warto? 
 Oceńcie sami.


Na zdjęciach pierś z kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z makaronem pełnoziarnistym.






Smacznego:)!

poniedziałek, 19 maja 2014

Chleb z Vermont na zakwasie

Przeglądając pewnego dnia ofertę internetowej księgarni natrafiłam na książkę "Chleb" Jeffrey'a Hamelman'a, nie znając wcześniej autora i nie czytając opinii na temat tej pozycji postanowiłam w ciemno sprowadzić ją do swojego domu. Otrzymałam przesyłkę z blisko 500 stronicową księga która wprowadziła rewolucje w mojej kuchni. Wstęp teoretyczny pochłonęłam w jeden wieczór, wiedziona niepohamowaną ciekawością zajęłam się ćwiczeniami praktycznymi.
Teraz nie kupuję już pieczywa, samodzielnie piekę chleb dla siebie i całej rodziny. Nie posiadam robota kuchennego, ciasto zagniatam ręcznie. W zależności od ilości ciasta trwa to tyle co 3 lub 4 utwory z mojego ulubionego radia. 



Chleb z Vermont na zakwasie
 za: "Chleb" Jeffrey Hamelman
(2 duże bochenki)

Zaczyn:
140g mąki chlebowej
170g wody
30g dojrzałego płynnego zakwasu

Gotowe ciasto:
680g mąki chlebowej
90g mąki żytniej razowej (u mnie czasem zastępują ją otręby pszenne)
420g wody
20g soli
300g zaczynu (ja dodaję cały przygotowany zaczyn)

Zaczyn przygotowuję na 12-16h wcześniej. Wszystkie składniki dokładnie mieszam, przykrywa ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce.
Gdy zaczyn jest już gotowy dodaję resztę składników i dokładnie mieszam. Ręczne wyrabianie ciasta zajmuje mi zazwyczaj nie mniej niż 10 minut, czynność przerywam gdy ciasto jest sprężyste i nie rwie się przy rozciąganiu. Następnie wkładam ciasto do naczynia, przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na 75 minut. Wyjmuję ciasto na omączony blat, formuję z niego prostokąt i składam na trzy. Formuję kulę i ponownie odkładam do wyrośnięcia. Po upływie kolejnych 75 minut, formuję z ciasta 2 okrągłe lub podłużne bochenki, wykładam na blachę oprószoną mąką i pozostawiam na 2h w ciepłym miejscu. Gdy ciasto wyrośnie, delikatnie nacinam skórkę przyszłego chleba i wkładam do piekarnika nagrzanego do 240 stopni C, w którym umieściłam wcześniej naczynie z gorącą wodą. Przez pierwsze 15 minut mój piekarnik grzeje tylko od dołu, następnie ustawiam grzanie zarówno dołu jak i góry bez termoobiegu. Para wodna (naczynie z gorącą wodą) i takie ustawienie piekarnika pozwala mi uzyskać na chlebie błyszczącą chrupiącą skórkę.  

Wygląda na skomplikowane, ale tak naprawdę jest tylko czasochłonne. Uwierzcie mi, naprawdę warto!
Smacznego!


środa, 14 maja 2014

Ciepły chleb... Jak zrobić zakwas

W dzieciństwie zazdrościłam piekarzom ich pracy, wszechogarniającego zapachu ciepłego pieczywa i tej chrupiącej skórki na każdej bułce która wpadnie o ręki. Dzisiaj, nie wyobrażam sobie życia bez chleba. Zapach prawdziwej piekarni nadal nie pozwala mi przejść obok niej obojętnie. Prawdziwej, pachnącej chlebem na zakwasie, z panem który w pocie czoła, umorusany mąką aż po czubek głowy zagniata ciasto i pani w okienku przez które sączy się na ulicę zapach którego nie sposób z niczym porównać... Szkoda,  że takich piekarni jest już coraz mniej... 
Na szczęście potrafię już upiec własny chleb. Najczęściej pszenny na zakwasie ponieważ taki najbardziej smakuje mojej rodzinie. Kiedy go piekę wracam do dzieciństwa i moich marzeń o pracy w piekarni, gdy dzielę się wypiekiem z moimi Rodzicami, Tata wspomina swoje i chleb, który piekła babcia w prawdziwym chlebowym piecu. Dla takich wspomnień warto się starać.

A smaku domowego chleba nie da się z niczym porównać...




Zakwas pszenny
Potrzebne nam będą:
mąka pszenna
woda
gliniany garnek lub duży słoik


dzień I
100g mąki mieszamy w naczyniu ze 100g wody. Odstawiamy w ciepłe miejsce. Po 12h mieszamy.

dzień II-V
do zaczynu dodajemy garść mąki i około 1/3 szklanki wody, dokładnie mieszamy. Po 12h ponownie mieszamy.

dzień VI
możemy już upiec nasz własny chleb! Pamiętajmy o pozostawieniu części zakwasu, będzie nam potrzebny do kolejnych wypieków.

Pozostały zakwas możemy umieścić w lodówce i dokarmiać co 2-3dni. Jeżeli planujemy piec chleb częściej niż raz w tygodniu, nie spowalniajmy fermentacji i prowadźmy kulturę w temperaturze pokojowej dokarmiając wg schematu dnia II-V. Wówczas w każdej chwili będziemy mogli z niego skorzystać. Zakwas jest jak wino, im starszy tym lepszy;).

poniedziałek, 12 maja 2014

Najlepsza tarta malinowo-migdałowa

Spacer po mokrej od deszczu trawie, w powietrzu wciąż unosi się zapach burzy, a małe drozdy pod strzechą świergoczą czekając w gnieździe na drugie śniadanie.

Na bazarach nieśmiało pojawiają się pierwsze truskawki, jeszcze trochę, a świeże owoce prosto z ogrodu będą codziennie gościć na naszym stole. Tymczasem pora wykorzystać ostatnie zapasy i poczuć w kuchni namiastkę lata. 

Delikatny aromat migdałów w połączeniu z kwaskowatym smakiem malin na ciepłym kruchym spodzie sprawia, że tarta znika w mgnieniu oka. Nigdy jeszcze nie przetrwała do następnego dnia...  

Tarta malinowo-migdałowa

Ciasto:
200g mąki pszennej
100g zimnego masła
1 jajo
2 łyżki cukru
1 łyżka ekstraktu waniliowego
szczypta soli

Wszystkie składniki ciasta zagnieść i wstawić do lodówki na około godzinę. Formę na tartę o średnicy 24cm posmarować masłem, ciasto rozwałkować i wylepić nim spód i brzegi formy. Piec 15 minut w 180stopniach. Ostudzić.



Krem migdałowy:
200g migdałów
100g masła
100g cukru pudru
50ml likieru baileys
1 jajo

Wierzch:
200g malin
50g płatków migdałowych

Migdały rozetrzeć na proszek (można również kupić migdały mielone, ja jednak zawsze wolę dokładnie wiedzieć czego używam w mojej kuchni). Miękkie masło utrzeć z cukrem pudrem na puch, następnie małymi porcjami dodawać zmielone migdały. W ostatniej kolejności do masy dodać całe jajo i likier. Dokładnie zmiksować.

Masę migdałową rozsmarować na wystudzonym cieście, na niej wyłożyć świeże maliny (ja tym razem wykorzystałam niesłodzoną domową konfiturę malinową). Wierzch posypać płatkami migdałowymi i zapiekać przez 10 minut w 200 stopniach, następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i dopiekać przez około 15-20 minut (bez termoobiegu).







Smacznego!