Gdy nie doceniałam tego pospolitego w moich stronach krzewu rósł w każdym kącie przepastnego ogrodu, wdzierał się przez szpary w płocie i denerwował mnie ściągając do siebie roje bzyczących owadów.
Niestety obecnie w ogrodzie rodziców nie pozostał ani jeden egzemplarz, a zebranie zadowalającej ilości kwiatów, które nie są obciążone pokaźnym ładunkiem metali ciężkich (jak na złość dziesiątki pięknie ukwieconych krzewów rosną przy głównych arteriach komunikacyjnych) jest bardzo trudne. Może w innych rejonach kraju jeszcze pozostaje w dobrej kondycji, ale w Beskidach jest go coraz mniej.
Kwiaty czarnego bzu wykorzystuje się w leczeniu przeziębień, wzmacniają odporność, działają antywirusowo, wychwytują wolne rodniki, uśmierzają ból i przyspieszają przemianę materii. Można je wysuszyć i parzyć jako ziołową herbatę, sporządzić syrop lub nalewkę.
W mojej spiżarni jest już lekarstwo na jesienno-zimowe przeziębienia. Czy Wy również chcecie takie przygotować? Jeśli tak zbierzcie o poranku w pełni rozwinięte kwiaty (około 50 dużych baldachów), a ja jutro opowiem Wam jak przygotować obłędnie pachnący Syrop z kwiatów Czarnego bzu.
Zapraszam!
poniedziałek, 9 czerwca 2014
niedziela, 8 czerwca 2014
Sernik idealny poszukiwany...
Mam ochotę na sernik, ciężki, zbity, kwaskowaty, na grubym kruchym spodzie, jednym słowem taki, jakie piekło się dawniej z prawdziwego wiejskiego sera. Ostatnio jadłam taki aż dwa lata temu, w małej knajpce w Suczawie. Serwowany jako New York cheesecake skradł moje serce na zawsze. Niestety pomimo usilnych starań nigdy nie udało mi się popełnić choćby podobnego. Od czego to zależy? Od proporcji? Sera? Klimatu miejsca? A może to dlatego, że byłam wtedy taaaka głodna?...
Przedstawiam przepis na sernik, który upiekłam niedawno. Kremowy z kwaskowatym musem malinowym. Pyszny! Spróbujecie?
Sernik dyniowy z musem malinowym
Spód:
300g herbatników
180g masła
Masa serowa:
1kg sera
6 jaj
2 łyżki mąki ziemniaczanej
szklanka dyniowego puree
szklanka cukru
Mus malinowy:
200g malin
+opcjonalnie cukier do smaku
Przedstawiam przepis na sernik, który upiekłam niedawno. Kremowy z kwaskowatym musem malinowym. Pyszny! Spróbujecie?
Sernik dyniowy z musem malinowymSpód:
300g herbatników
180g masła
Masa serowa:
1kg sera
6 jaj
2 łyżki mąki ziemniaczanej
szklanka dyniowego puree
szklanka cukru
Mus malinowy:
200g malin
+opcjonalnie cukier do smaku
Masło roztopić. Herbatniki zmielić
na piasek i wymieszać dokładnie z płynnym masłem. Tortownicę o
średnicy 25 cm wyłożyć papierem do pieczenia i wyłożyć ją
masą z herbatników mocną ją ugniatając. Następnie schłodzić w
lodówce.
Ser zmielić trzykrotnie w maszynce,
dodać puree z dyni, cukier i ucierać. Kiedy masa będzie miała
jednolitą konsystencję dodawać po jednym jajku za każdym razem
dokładnie mieszając. Na koniec masę wymieszać z mąką
ziemniaczaną. Wylać na herbatnikowy spód.
Maliny zasmażyć na patelni, powstały
sos można przetrzeć przez sito w celu pozbycia się pestek, jednak
ja pestki lubię;).
Piekarnik nagrzać do 180 stopni, na
dół wstawić brytfannę z gorącą wodą. Sernik piec 30 minut
(użyłam programu bez termoobiegu), po czym zmniejszyć temperaturę
do 120 stopni i piec kolejne 50 minut. Na wierzchu ciasta rozsmarować
malinowy sos i zapiekać jeszcze przez 10 minut w 180 stopniach.
Powoli studzić nie wyjmując z piekarnika, następnie włożyć na
noc do lodówki i podawać następnego dnia.
Smacznego!
piątek, 6 czerwca 2014
Robimy zapasy- Sos słodko-kwaśny
Kurczak, makaron i gotowy sos to zestaw, który dawniej dość często gościł na moim stole. Za nic mając sobie sztuczne barwniki, polepszacze smaku i inne wynalazki przynajmniej jeden słoik sosu był zawsze pod ręką.
Nadszedł jednak moment, gdy trzeba było zacząć myśleć o zdrowszym odżywianiu i zrezygnować z gotowców. Lato za pasem, świeże warzywa i owoce dostępne od ręki, wystarczy tylko zakasać rękawy i stworzyć własną alternatywę dziecięcego przysmaku. Efekt? Lepszy niż się spodziewałam.
Nadszedł jednak moment, gdy trzeba było zacząć myśleć o zdrowszym odżywianiu i zrezygnować z gotowców. Lato za pasem, świeże warzywa i owoce dostępne od ręki, wystarczy tylko zakasać rękawy i stworzyć własną alternatywę dziecięcego przysmaku. Efekt? Lepszy niż się spodziewałam.
Sos słodko-kwaśny
(przepis na 8-10 słoików 0,5l)
3 kg pomidorów
1kg cebuli
1 duża czerwona papryka
1 puszka ananasa
1 puszka kukurydzy
3/4 szklanki octu
3 łyżki soli
2 łyżki musztardy
2 łyżki słodkiej papryki
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka mielonego czosnku
1/4 łyżeczki chilli
1/2 łyżeczki białego pieprzu
przecier pomidorowy (wg uznania)
Pomidory sparzyć wrzątkiem i obrać
ze skórki. Pokrojone w kostkę pomidory i cebulę wrzucić do dużego
garnka i dusić na wolnym ogniu przez około 1h. Dodać sól,
pokrojoną w kostkę paprykę i ananasa, oraz resztę składników za
wyjątkiem mąki. Całość dusić przez kolejne 30 minut. Mąkę
ziemniaczaną wymieszać z odrobiną przestudzonego sosu,
zagotowujemy. Przelewamy do wyparzonych słoików i pasteryzujemy
około 10 minut.
Można zredukować gramaturę składników i ugotować jedną porcję sosu, ale czy warto?
Oceńcie sami.
Na zdjęciach pierś z kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z makaronem pełnoziarnistym.
Smacznego:)!
poniedziałek, 19 maja 2014
Chleb z Vermont na zakwasie
Przeglądając pewnego dnia ofertę internetowej księgarni natrafiłam na książkę "Chleb" Jeffrey'a Hamelman'a, nie znając wcześniej autora i nie czytając opinii na temat tej pozycji postanowiłam w ciemno sprowadzić ją do swojego domu. Otrzymałam przesyłkę z blisko 500 stronicową księga która wprowadziła rewolucje w mojej kuchni. Wstęp teoretyczny pochłonęłam w jeden wieczór, wiedziona niepohamowaną ciekawością zajęłam się ćwiczeniami praktycznymi.
Teraz nie kupuję już pieczywa, samodzielnie piekę chleb dla siebie i całej rodziny. Nie posiadam robota kuchennego, ciasto zagniatam ręcznie. W zależności od ilości ciasta trwa to tyle co 3 lub 4 utwory z mojego ulubionego radia.
Chleb z Vermont na zakwasie
za: "Chleb" Jeffrey Hamelman
(2 duże bochenki)
Zaczyn:
140g mąki chlebowej
170g wody
30g dojrzałego płynnego zakwasu
Gotowe ciasto:
680g mąki chlebowej
90g mąki żytniej razowej (u mnie czasem zastępują ją otręby pszenne)
420g wody
20g soli
300g zaczynu (ja dodaję cały przygotowany zaczyn)
Zaczyn przygotowuję na 12-16h wcześniej. Wszystkie składniki dokładnie mieszam, przykrywa ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce.
Gdy zaczyn jest już gotowy dodaję resztę składników i dokładnie mieszam. Ręczne wyrabianie ciasta zajmuje mi zazwyczaj nie mniej niż 10 minut, czynność przerywam gdy ciasto jest sprężyste i nie rwie się przy rozciąganiu. Następnie wkładam ciasto do naczynia, przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na 75 minut. Wyjmuję ciasto na omączony blat, formuję z niego prostokąt i składam na trzy. Formuję kulę i ponownie odkładam do wyrośnięcia. Po upływie kolejnych 75 minut, formuję z ciasta 2 okrągłe lub podłużne bochenki, wykładam na blachę oprószoną mąką i pozostawiam na 2h w ciepłym miejscu. Gdy ciasto wyrośnie, delikatnie nacinam skórkę przyszłego chleba i wkładam do piekarnika nagrzanego do 240 stopni C, w którym umieściłam wcześniej naczynie z gorącą wodą. Przez pierwsze 15 minut mój piekarnik grzeje tylko od dołu, następnie ustawiam grzanie zarówno dołu jak i góry bez termoobiegu. Para wodna (naczynie z gorącą wodą) i takie ustawienie piekarnika pozwala mi uzyskać na chlebie błyszczącą chrupiącą skórkę.
Wygląda na skomplikowane, ale tak naprawdę jest tylko czasochłonne. Uwierzcie mi, naprawdę warto!
Smacznego!
Teraz nie kupuję już pieczywa, samodzielnie piekę chleb dla siebie i całej rodziny. Nie posiadam robota kuchennego, ciasto zagniatam ręcznie. W zależności od ilości ciasta trwa to tyle co 3 lub 4 utwory z mojego ulubionego radia.
Chleb z Vermont na zakwasie
za: "Chleb" Jeffrey Hamelman
(2 duże bochenki)
Zaczyn:
140g mąki chlebowej
170g wody
30g dojrzałego płynnego zakwasu
Gotowe ciasto:
680g mąki chlebowej
90g mąki żytniej razowej (u mnie czasem zastępują ją otręby pszenne)
420g wody
20g soli
300g zaczynu (ja dodaję cały przygotowany zaczyn)
Zaczyn przygotowuję na 12-16h wcześniej. Wszystkie składniki dokładnie mieszam, przykrywa ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce.
Gdy zaczyn jest już gotowy dodaję resztę składników i dokładnie mieszam. Ręczne wyrabianie ciasta zajmuje mi zazwyczaj nie mniej niż 10 minut, czynność przerywam gdy ciasto jest sprężyste i nie rwie się przy rozciąganiu. Następnie wkładam ciasto do naczynia, przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na 75 minut. Wyjmuję ciasto na omączony blat, formuję z niego prostokąt i składam na trzy. Formuję kulę i ponownie odkładam do wyrośnięcia. Po upływie kolejnych 75 minut, formuję z ciasta 2 okrągłe lub podłużne bochenki, wykładam na blachę oprószoną mąką i pozostawiam na 2h w ciepłym miejscu. Gdy ciasto wyrośnie, delikatnie nacinam skórkę przyszłego chleba i wkładam do piekarnika nagrzanego do 240 stopni C, w którym umieściłam wcześniej naczynie z gorącą wodą. Przez pierwsze 15 minut mój piekarnik grzeje tylko od dołu, następnie ustawiam grzanie zarówno dołu jak i góry bez termoobiegu. Para wodna (naczynie z gorącą wodą) i takie ustawienie piekarnika pozwala mi uzyskać na chlebie błyszczącą chrupiącą skórkę.
Wygląda na skomplikowane, ale tak naprawdę jest tylko czasochłonne. Uwierzcie mi, naprawdę warto!
Smacznego!
środa, 14 maja 2014
Ciepły chleb... Jak zrobić zakwas
W dzieciństwie zazdrościłam piekarzom ich pracy, wszechogarniającego zapachu ciepłego pieczywa i tej chrupiącej skórki na każdej bułce która wpadnie o ręki. Dzisiaj, nie wyobrażam sobie życia bez chleba. Zapach prawdziwej piekarni nadal nie pozwala mi przejść obok niej obojętnie. Prawdziwej, pachnącej chlebem na zakwasie, z panem który w pocie czoła, umorusany mąką aż po czubek głowy zagniata ciasto i pani w okienku przez które sączy się na ulicę zapach którego nie sposób z niczym porównać... Szkoda, że takich piekarni jest już coraz mniej...
Na szczęście potrafię już upiec własny chleb. Najczęściej pszenny na zakwasie ponieważ taki najbardziej smakuje mojej rodzinie. Kiedy go piekę wracam do dzieciństwa i moich marzeń o pracy w piekarni, gdy dzielę się wypiekiem z moimi Rodzicami, Tata wspomina swoje i chleb, który piekła babcia w prawdziwym chlebowym piecu. Dla takich wspomnień warto się starać.
A smaku domowego chleba nie da się z niczym porównać...
Zakwas pszenny
Potrzebne nam będą:
mąka pszenna
woda
gliniany garnek lub duży słoik
dzień I
100g mąki mieszamy w naczyniu ze 100g wody. Odstawiamy w ciepłe miejsce. Po 12h mieszamy.
dzień II-V
do zaczynu dodajemy garść mąki i około 1/3 szklanki wody, dokładnie mieszamy. Po 12h ponownie mieszamy.
dzień VI
możemy już upiec nasz własny chleb! Pamiętajmy o pozostawieniu części zakwasu, będzie nam potrzebny do kolejnych wypieków.
Pozostały zakwas możemy umieścić w lodówce i dokarmiać co 2-3dni. Jeżeli planujemy piec chleb częściej niż raz w tygodniu, nie spowalniajmy fermentacji i prowadźmy kulturę w temperaturze pokojowej dokarmiając wg schematu dnia II-V. Wówczas w każdej chwili będziemy mogli z niego skorzystać. Zakwas jest jak wino, im starszy tym lepszy;).
Na szczęście potrafię już upiec własny chleb. Najczęściej pszenny na zakwasie ponieważ taki najbardziej smakuje mojej rodzinie. Kiedy go piekę wracam do dzieciństwa i moich marzeń o pracy w piekarni, gdy dzielę się wypiekiem z moimi Rodzicami, Tata wspomina swoje i chleb, który piekła babcia w prawdziwym chlebowym piecu. Dla takich wspomnień warto się starać.
A smaku domowego chleba nie da się z niczym porównać...
Zakwas pszenny
Potrzebne nam będą:
mąka pszenna
woda
gliniany garnek lub duży słoik
dzień I
100g mąki mieszamy w naczyniu ze 100g wody. Odstawiamy w ciepłe miejsce. Po 12h mieszamy.
dzień II-V
do zaczynu dodajemy garść mąki i około 1/3 szklanki wody, dokładnie mieszamy. Po 12h ponownie mieszamy.
dzień VI
możemy już upiec nasz własny chleb! Pamiętajmy o pozostawieniu części zakwasu, będzie nam potrzebny do kolejnych wypieków.
Pozostały zakwas możemy umieścić w lodówce i dokarmiać co 2-3dni. Jeżeli planujemy piec chleb częściej niż raz w tygodniu, nie spowalniajmy fermentacji i prowadźmy kulturę w temperaturze pokojowej dokarmiając wg schematu dnia II-V. Wówczas w każdej chwili będziemy mogli z niego skorzystać. Zakwas jest jak wino, im starszy tym lepszy;).
poniedziałek, 12 maja 2014
Najlepsza tarta malinowo-migdałowa
Spacer po mokrej od deszczu trawie, w powietrzu wciąż unosi się zapach burzy, a małe drozdy pod strzechą świergoczą czekając w gnieździe na drugie śniadanie.
Na bazarach nieśmiało pojawiają się pierwsze truskawki, jeszcze trochę, a świeże owoce prosto z ogrodu będą codziennie gościć na naszym stole. Tymczasem pora wykorzystać ostatnie zapasy i poczuć w kuchni namiastkę lata.
Delikatny aromat migdałów w połączeniu z kwaskowatym smakiem malin na ciepłym kruchym spodzie sprawia, że tarta znika w mgnieniu oka. Nigdy jeszcze nie przetrwała do następnego dnia...

Ciasto:
200g mąki pszennej
100g zimnego masła
1 jajo
2 łyżki cukru
1 łyżka ekstraktu waniliowego
szczypta soli
Wszystkie składniki ciasta zagnieść i wstawić do lodówki na około godzinę. Formę na tartę o średnicy 24cm posmarować masłem, ciasto rozwałkować i wylepić nim spód i brzegi formy. Piec 15 minut w 180stopniach. Ostudzić.
Krem migdałowy:
200g migdałów
100g masła
100g cukru pudru
50ml likieru baileys
1 jajo
Wierzch:
200g malin
50g płatków migdałowych
Migdały rozetrzeć na proszek (można również kupić migdały mielone, ja jednak zawsze wolę dokładnie wiedzieć czego używam w mojej kuchni). Miękkie masło utrzeć z cukrem pudrem na puch, następnie małymi porcjami dodawać zmielone migdały. W ostatniej kolejności do masy dodać całe jajo i likier. Dokładnie zmiksować.
Masę migdałową rozsmarować na wystudzonym cieście, na niej wyłożyć świeże maliny (ja tym razem wykorzystałam niesłodzoną domową konfiturę malinową). Wierzch posypać płatkami migdałowymi i zapiekać przez 10 minut w 200 stopniach, następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i dopiekać przez około 15-20 minut (bez termoobiegu).
Smacznego!
Na bazarach nieśmiało pojawiają się pierwsze truskawki, jeszcze trochę, a świeże owoce prosto z ogrodu będą codziennie gościć na naszym stole. Tymczasem pora wykorzystać ostatnie zapasy i poczuć w kuchni namiastkę lata.
Delikatny aromat migdałów w połączeniu z kwaskowatym smakiem malin na ciepłym kruchym spodzie sprawia, że tarta znika w mgnieniu oka. Nigdy jeszcze nie przetrwała do następnego dnia...
Tarta malinowo-migdałowa

Ciasto:
200g mąki pszennej
100g zimnego masła
1 jajo
2 łyżki cukru
1 łyżka ekstraktu waniliowego
szczypta soli
Wszystkie składniki ciasta zagnieść i wstawić do lodówki na około godzinę. Formę na tartę o średnicy 24cm posmarować masłem, ciasto rozwałkować i wylepić nim spód i brzegi formy. Piec 15 minut w 180stopniach. Ostudzić.
Krem migdałowy:200g migdałów
100g masła
100g cukru pudru
50ml likieru baileys
1 jajo
Wierzch:
200g malin
50g płatków migdałowych
Migdały rozetrzeć na proszek (można również kupić migdały mielone, ja jednak zawsze wolę dokładnie wiedzieć czego używam w mojej kuchni). Miękkie masło utrzeć z cukrem pudrem na puch, następnie małymi porcjami dodawać zmielone migdały. W ostatniej kolejności do masy dodać całe jajo i likier. Dokładnie zmiksować.
Masę migdałową rozsmarować na wystudzonym cieście, na niej wyłożyć świeże maliny (ja tym razem wykorzystałam niesłodzoną domową konfiturę malinową). Wierzch posypać płatkami migdałowymi i zapiekać przez 10 minut w 200 stopniach, następnie zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i dopiekać przez około 15-20 minut (bez termoobiegu).
Smacznego!
piątek, 2 maja 2014
Biwakowy gulasz z dziczyzny
Piękna pogoda, w powietrzu unosi się zapach świeżo skoszonej trawy, zewsząd dociera furkot kosiarek. Majówka!!!
Tym razem nie poddałam się powszechnej modzie, miast spacerować godzinami za niezwykle głośnym ustrojstwem i niszczyć pięknie kwitnące mniszki wyjęłam z lodówki sorbet truskawkowy, rozłożyłam leżak i oddałam się lekturze. Szybko jednak okazało się, że hałas odbiera wszelką przyjemność takiego błogiego lenistwa, więc pozbierałam manatki i uciekłam na łono natury, gdzie wraz z rodziną testowałam najnowszy nabytek- żeliwny kociołek. Po początkowych trudnościach dość szybko opanowaliśmy sposób rozstawienia sprzętu i przystąpiliśmy do smażenia, duszenia i częstych degustacji.
Biwakowy gulasz z dziczyzny
(idealny również gdy przygotujemy go sposobem tradycyjnym we własnej kuchni)
20dag wędzonego boczku
1kg dziczyzny (ja użyłam mięsa z dzika)
2 cebule
3 ząbki czosnku
50g suszonych grzybów
3 średnie marchewki
3 łyżki koncentratu pomidorowego
100g wędzonych śliwek
300g ziemniaków
2 szklanki czerwonego wina
2 łyżki octu balsamicznego
2 liście laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
sól, pieprz, pieprz ziołowy
jałowiec
rozmaryn
papryka słodka
Boczek pokroić w kostkę, zrumienić w kociołku. Dodać posiekaną cebulę oraz czosnek. Dusić, aż składniki zaczną pachnieć*. Następnie dodać mięso pokrojone na niewielkie kawałki (ok 2x3cm), wymieszać z zawartością kociołka, obsmażyć równomiernie i zalać winem, dodać przyprawy i dusić co pewien czas mieszając. Gdy poczujemy, iż mięso staje się miękkie dodajemy namoczone wcześniej grzyby (wraz z wodą), śliwki, pokrojone w drobną kostkę ziemniaki oraz cienkie plastry marchewki. Doprawić solą, pieprzem i octem balsamicznym.
Polecam podawać samodzielnie lub z kromką chleba z masłem opieczoną na ognisku.
Smacznego!
* nie mogę podać dokładnego czasu poszczególnych etapów gotowania, wszystko zależy od intensywności ognia w danym momencie.
Tym razem nie poddałam się powszechnej modzie, miast spacerować godzinami za niezwykle głośnym ustrojstwem i niszczyć pięknie kwitnące mniszki wyjęłam z lodówki sorbet truskawkowy, rozłożyłam leżak i oddałam się lekturze. Szybko jednak okazało się, że hałas odbiera wszelką przyjemność takiego błogiego lenistwa, więc pozbierałam manatki i uciekłam na łono natury, gdzie wraz z rodziną testowałam najnowszy nabytek- żeliwny kociołek. Po początkowych trudnościach dość szybko opanowaliśmy sposób rozstawienia sprzętu i przystąpiliśmy do smażenia, duszenia i częstych degustacji.
Biwakowy gulasz z dziczyzny
(idealny również gdy przygotujemy go sposobem tradycyjnym we własnej kuchni)
20dag wędzonego boczku
1kg dziczyzny (ja użyłam mięsa z dzika)
2 cebule
3 ząbki czosnku
50g suszonych grzybów
3 średnie marchewki
3 łyżki koncentratu pomidorowego
100g wędzonych śliwek
300g ziemniaków
2 szklanki czerwonego wina
2 łyżki octu balsamicznego
2 liście laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
sól, pieprz, pieprz ziołowy
jałowiec
rozmaryn
papryka słodka
Boczek pokroić w kostkę, zrumienić w kociołku. Dodać posiekaną cebulę oraz czosnek. Dusić, aż składniki zaczną pachnieć*. Następnie dodać mięso pokrojone na niewielkie kawałki (ok 2x3cm), wymieszać z zawartością kociołka, obsmażyć równomiernie i zalać winem, dodać przyprawy i dusić co pewien czas mieszając. Gdy poczujemy, iż mięso staje się miękkie dodajemy namoczone wcześniej grzyby (wraz z wodą), śliwki, pokrojone w drobną kostkę ziemniaki oraz cienkie plastry marchewki. Doprawić solą, pieprzem i octem balsamicznym.
Polecam podawać samodzielnie lub z kromką chleba z masłem opieczoną na ognisku.
Smacznego!
* nie mogę podać dokładnego czasu poszczególnych etapów gotowania, wszystko zależy od intensywności ognia w danym momencie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















